- Tato, mogę już wejść do domu? – z podwórka pyta dziesięciolatek przez kuchenne okno.
- Nie możesz, masz szlaban.
- Tato, koledzy jak mają szlaban, to siedzą w domu.
- Ale ty wolisz być w domu, niż na dworze — odpowiada ojciec, stojąc przy zlewie.
- Bo tu jest nudno… – marudzi syn.
- A co będziesz robił w domu?
- Oglądał shorty na YouTube…
Kiedyś trafiłam na taki filmik w Internecie i głęboko zapadł mi w pamięć. Oczywiście fabuła jest znacznie dłuższa, ale sens ten sam. Większość dzieci, zwłaszcza nastoletnich, zdecydowanie woli siedzieć w domu. Oglądają głupie filmiki w telefonie lub grają w gry sieciowe ze swoimi internetowymi znajomymi rozproszonymi po całym świecie.
Chciałoby się powiedzieć „za moich czasów…”. Przepraszam, ale czy teraz to też nie moje czasy? Tak samo moje, twoje, pięciolatka, jak i pięćdziesięciolatka. Szerszy dostęp do mediów i informacji, zwłaszcza tych nieprzyjemnych, spowodowało, że żyjemy w ciągłym strachu. Z każdej strony napływają wiadomości o kradzieżach, porwaniach i wypadkach. Boimy się o siebie, o majątek, z przede wszystkim o swoje o dzieci. Wykupujemy ubezpieczenia, zakładamy monitoringi i nie wypuszczamy potomków za ogrodzenie bez opieki. Teraz nikt już nie wysyła ośmiolatka rano po bułki do sklepu. Dlaczego? Bo z każdej strony widzimy niebezpieczeństwo. Trzymamy dzieci pod kloszem, chcąc je ochronić, ale jednocześnie nie dajemy im możliwości nauczenia się samodzielności, tego, co im w życiu naprawdę się przyda.
Ja należę do pokolenia, gdy komputery dopiero raczkowały, a cały wolny czas spędzało się wśród podwórkowych kolegów i koleżanek. Nie było dnia bez dzwonka do drzwi sąsiada “Proszę Pani, a czy Wojtek, Tomek, Kasia może wyjść na dwór?” Podwórko to był drugi dom, tu były pierwsze przyjaźnie i pierwsze miłości. Nawet jak na zewnątrz znajdował się tylko kawałek lasu, ławka, piaskownica czy trzepak, to i tak było ciekawiej niż w mieszkaniu. Czemu? Dlatego, że czas spędzony wśród rówieśników jest bezcenny. Nawet jak wiało nudą, to ostatecznie zawsze ktoś wpadał na mniej lub bardziej kreatywny pomysł wspólnej zabawy. Pretensje do rodziców były wtedy, gdy kazano wcześniej wracać do domu, a nie gdy kazano ruszyć cztery litery z fotela.
Z początkiem sierpnia zmienia się prawo regulujące budowę i organizację placów zabaw. Nakłada ono obowiązek tworzenia terenów dla dzieci w przypadku budowy budynku wielorodzinnego lub zespołu budynków mieszkalnych przekraczającego 20 mieszkań.
W naszej gminie jest kilkanaście publicznych placów zabaw na 16.000 mieszkańców. Czy to wystarczająca ilość, by zaspokoić potrzeby maluchów? Są rejony wiejskie, gdzie odległość między miejscami zabaw dla dzieci można liczyć w kilometrach.
Ostatnio czytam komentarz w sieci “, po co budować kolejny plac zabaw, skoro każdy ma swój prywatny?” My rodzice chcemy chronić nasze dzieci i dać im więcej niż sami mieliśmy w dzieciństwie. Kupujemy im zjeżdżalnie lub huśtawki, przez co dzieciaki nie czują potrzeby iść do sąsiada, sąsiadki, wyjść do parku czy na publiczny plac zabaw. „Ale jak to? Same? To zbyt niebezpieczne!” Często okazuje się, że teren rekreacyjny oddalony jest o kilkaset metrów lub nawet kilka kilometrów. W takim przypadku wyprawa razem z dzieckiem na plac zabaw jest bardzo sporadyczna i zwykle logistycznie skomplikowana. Wspólne miejsca zabaw sprzyjają nawiązywaniu kontaktów, poznawaniu rówieśników i uczą życia w społeczeństwie. Dzieci nie doświadczą tego, skacząc na przydomowej trampolinie. Zwłaszcza te w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, które garną się do innych dzieci. Te starsze to już wolą się bawić z telefonem lub komputerem, bo brak możliwości integracji społecznej we wcześniejszym wieku spowodował, że nastolatek z nastolatkiem to umie rozmawiać na discordzie, ale werbalnie to już niekoniecznie.
Znajomi opowiadają, jak za młodu wiejski lasek tętnił życiem, był miejscem spotkań, jak sami budowali tam ławki, boisko do siatkówki, montowali obręcz do koszykówki i żadnemu sąsiadowi wtedy to nie przeszkadzało. Teraz dziwi ich wielki szum pseudoekologów, ponieważ pojawiła się inicjatywa władz związana z adaptacją tego terenu do potrzeb mieszkańców. Przeciw tej inwestycji są nawet ci, którzy sami spędzali tam dziecięce lata. Jak mówi stare polskie porzekadło: zapomniał wół, jak cielęciem był. Można przeczytać: “zostawić las w spokoju”, “tam mieszkają zwierzęta”, “stop betonozy”, „potrzebuję spokoju”. Czytam takie informacje i nasuwa mi się milion pytań: czy ktoś wspominał o jakiejkolwiek masowej wycince, czy betonowaniu? Czy wyznaczenie ścieżek, postawienie wiatki czy miejsca zabaw dla dzieci w cieniu drzew spowoduje, że zwierzęta przestaną tam przychodzić? Czy las straci wtedy na swojej atrakcyjności? Raczej nie. Może to właśnie będzie okazją do częstszego obserwowania życia dzikich zwierząt. Słyszę również sentymentalne głosy z przeciwnej strony: „las znowu będzie tętnił życiem”.
Bardzo rozsądnie ten spór podsumował mój znajomy: zwierzęta zawsze dadzą sobie radę, gdybym miał wybrać między szczęśliwą sarenką a szczęśliwym dzieckiem, wybrałbym dziecko. Tylko czy rzeczywiście trzeba wybierać? Czy życie w symbiozie z naturą nie jest oczekiwanym rozwiązaniem?
Z jednej strony od władz oczekujemy pełnej infrastruktury, a z drugiej boimy się zmian i zastanawiamy się, czy rzeczywiście jest to niezbędne. Dylematy są drugą naturą człowieka, ale dobro i bezpieczeństwo naszych dzieci zawsze będzie na pierwszym miejscu. Jeżeli mamy do wyboru spacer z wózkiem lub rowerkiem w pełnym słońcu po ruchliwej ulicy bez chodnika, a spacer w zacienionym lesie, w ciszy i spokoju, to wybór staje się oczywisty.
Share this content:












Opublikuj komentarz