Ilu z nas nadal posiada w domu wyłącznie telefon stacjonarny lub mobilny typu Nokia 3330? Zapewne już nikt. Nie wyobrażam sobie, by w XXI wieku być całkowicie odciętym od Internetu, nie posiadać komputera, smartfona, konta mailowego i nie robić zakupów w sieci. Tylko ilu z nas ma świadomość, jaki pozostawiamy po sobie ślad cyfrowy? Ślad, który w wielu przypadkach jest nieusuwalny.
Aktualnie nie ma strony w Internecie, która nie wymaga ustawienia prywatności i akceptacji plików cookies. Ale czym one są, te „ciasteczka”, i jakie dane zbierają? Śledzą nasz ruch — dosłownie — ruch myszką po stronie, w co klikamy, jakich informacji poszukujemy, co czytamy, jak długo przyglądamy się dalej reklamie, grafice czy fotografii. Można by zapytać, po co zbiera się takie dane? Między innymi do profilowania naszej osoby w celu podsuwania stron o podobnych treściach i artykułów z reklam, które wcześniej przykuły naszą uwagę.
Ostatnio miałam czas obejrzeć amerykański film „Cyfrowe ślady” na popularnym portalu streamingowym, który stał się inspiracją do zaprezentowania moich przemyśleń na ten temat. Przybliżę trochę fabułę. W momencie, gdy dojrzała kobieta z przyjacielem nie wraca z wycieczki do Kolumbii, a policja i ambasada nic w tej sprawie nie robią, jej osiemnastoletnia córka zaczyna prowadzić prywatne śledztwo na podstawie informacji, które udaje jej się wyszukać w sieci, m.in. łamiąc hasła dostępowe i korzystając z dostępnych darmowych źródeł.
Jakie źródła informacji można znaleźć w Internecie? Przykładami są komunikatory, kamery online z miejsc atrakcyjnych turystycznie czy wpisy i zdjęcia na portalach społecznościowych.
Po przygodzie z włamaniem się na moje konto w tym portalu streamingowym, gdzie utworzono mi dodatkowego użytkownika, stałam się wyczulona na aspekty bezpieczeństwa w sieci. Jedynym wyjściem było oczywiście usunięcie tego dodatkowego użytkownika i natychmiastowa zmiana hasła. Ale czujność pozostaje.
Wielu ludzi ma to samo hasło do różnych portali, zakładając, że ciężko byłoby je wszystkie spamiętać. W momencie, gdy nasze hasło wpadnie w niepowołane ręce, może zrobić się nieciekawie, gdyż otwiera drzwi np. do poczty mailowej, gdzie w archiwizowanych wiadomościach często znajduje się połowa naszego życia, w tym dokumenty poufne jak korespondencje z ubezpieczycielem czy bankami. Od jakiegoś już czasu wprowadzono podwójną autoryzację i powiadomienia o próbach błędnych logowań. I słusznie, ale czy wystarczą? I co może się wydarzyć po takim incydencie jak w moim przypadku? Gdyby było to samo hasło również do innych portali, to taki haker ma otwarte pole do pozostałych moich cyfrowych śladów, a wtedy mogłoby być niebezpiecznie.
Gdzieś czytałam, że podobno średnio człowiek korzysta aż z siedmiu portali społecznościowych. To znaczy, że ja ostro zaniżam statystyki, bo konto mam tylko na Facebooku.
Nasze konta, to, jak chcemy kreować swój wizerunek w sieci, to musi być nasz świadomy wybór. Zwłaszcza gdy dotyczy to informacji, które udostępniamy: miejsce zamieszkania, praca, numer telefonu, adres e-mail i podobne. Niektóre dane udostępniamy mniej świadomie, np. naszą lokalizację. Szczerze, to im więcej o nas w sieci, tym gorzej, zwłaszcza w czasach, gdy kradzież tożsamości nie jest już incydentalna. Zdarzyło się nieraz, iż otrzymałam dziwne informacje od znajomych poprzez komunikator. Wiadomości, które zapalają czerwoną lampkę, że to chyba nie pisała osoba, do której owo konto należy. Również zdjęcia, które zamieszczamy w sieci, mogą zawierać metadane typu data, godzina oraz miejsce jego wykonania. Informacja o pobycie na zagranicznych wakacjach równa się „nie ma mnie w domu”, co może być zaproszeniem dla złodzieja. Przyjemnie jest podzielić się ze znajomymi ze swoich wojaży, ale może bezpiecznej jest to zrobić po powrocie do domu?
Nawet fakt, że ja to piszę, a Ty czytasz, zostawiło już swój cyfrowy ślad. Pozytywny, czy negatywny? To subiektywna ocena, ale na pewno świadomy. A jak sprawdzić swój cyfrowy ślad? Najprościej jest się po prostu wygooglować.
Share this content:












Opublikuj komentarz