W zeszłym tygodniu pisałam o rządowej propozycji walki z niepożądanymi treściami w Internecie. Kilka dni po publikacji pojawiła się w sieci informacja o 12-letniej dziewczynce, która odebrała sobie życie. „Przyczyną śmierci był hejt” – czytałam. Nie, to nie hejt. Przyczyną jej śmierci była samotność i obojętność drugiego człowieka.
Nikt z nas nie jest w stanie wiedzieć, co siedzi w głowie drugiej osoby, z jakimi problemami się mierzy, co myśli, jak jest postrzegana przez swoje otoczenie. Akceptacja rówieśnicza w młodym wieku jest niezwykle ważna. Ten jeden wpis na portalu mógł najwyżej przeważyć szalę goryczy.
Każdy z nas był kiedyś nastolatkiem – może takim, którego nikt nie lubił, nikt nie kochał. Nastolatkiem, który buntował się przeciwko wszystkiemu i wszystkim, który planował ucieczkę z domu albo nawet skończenie ze swoim życiem. Tym, który trzaskał drzwiami, włączał muzykę na cały regulator i płakał w poduszkę.
„A ja nie, po prostu nie, mnie się to, mnie to się nie podoba.
Niech się dzieje, niech dzieje się co chce.
Nie pożyczam, bo świat mi nie odda.”
Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, tym bardziej psychoterapeutą. Ale staram się być otwarta na innych – słuchać, nie oceniać. Spotykam na swojej drodze różnych ludzi, z różnymi osobami współpracuję, także z nastolatkami. Także z tymi „nietypowymi”, jak to się pięknie mówi – ze zdiagnozowaną neuroróżnorodnością.
Czy relacje z taką młodzieżą są trudniejsze? Nie sądzę. Są po prostu inne. Często są wycofani, nie z każdym nawiązują bliższe relacje. Znam nastolatka, po którym spływa to, co inni o nim mówią i piszą. Jego empatia jest na poziomie zero, za to szczerość osiąga maksimum – bez względu na to, czy w relacjach z rówieśnikami, czy z dorosłymi. Jak reagują na takie zachowanie nauczyciele? Możecie sobie wyobrazić. Delikatnie mówiąc – nie są zadowoleni. A co słyszy rodzic? „Ma pani trudne dziecko.”
Jest tendencja, by „uspołeczniać” takie osoby. Zalecenia? Trening umiejętności społecznych. Wiecie, co usłyszałam od dziecka po spotkaniu z psychologiem? „Nie lubię tej pani. Ta pani nie chce, żebym był szczery.”
Czy szczerość rani? Powiem szczerze – tak. Małym dzieciom tłumaczymy, by zawsze mówiły prawdę, aż pewnego dnia trafiają na kogoś, kto mówi im: „kłam”. Na kogoś, kto każe im „założyć maskę” grzecznego, ułożonego, uśmiechniętego człowieka. „Pokaż ludziom siebie takiego, jakiego chcą zobaczyć, a nie takiego, jaki jesteś.” Bo ludzie nie chcą „prawdziwego” ciebie.
Dlaczego?
I przychodzi moment, kiedy siadasz w kącie własnego pokoju i pytasz sam siebie: „Co jest ze mną nie tak?”. Nadchodzi ta chwila zwątpienia w swoją egzystencję. A najgorsze? Już wiesz, że wokół są ludzie, którzy nie chcą widzieć ciebie takim, jaki jesteś. Chcą widzieć tylko swoje wyobrażenie o tobie.
Ostatnio usłyszałam: „Po co to robisz? Czy nie widzisz, jak inni wykorzystują twoje dobre serce? Odbije ci się to czkawką.”
Nie jestem duszą towarzystwa. Zawsze miałam problem z nawiązywaniem bliższych relacji, także z rówieśnikami. Starałam się przyjąć „maskę”, ale na dłuższą metę tak się nie da. A co się dzieje, gdy zaczynasz być szczery? Ludzie boją się szczerości.
„Nie odchodź już, nie raz, ktoś mi znikał jak we mgle.”
Nauczyłam się żyć ze swoją wewnętrzną samotnością. Każdego dnia szukam i odkrywam nowy sposób na życie. Czy znajduje on akceptację społeczną? Nie wiem. Nie oczekuję nic w zamian. Robię to, co sprawia mi satysfakcję.
Czy poniosę klęskę? Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz.
Może też jestem osobą z neuroróżnorodnością, tyle że nigdy niezdiagnozowaną?
Po co to piszę? Może to jest moja forma terapii…
Nie wiem, ile osób to czyta. Ilu ludzi inaczej dziś spojrzy na siebie i na drugiego człowieka. Czasem po swoich wywodach dostanę jakąś informację zwrotną w stylu: „niezły tekst”, „to ważne zdanie”, czasem tylko like lub udostępnienie dalej.
Ale najczęściej – cisza.
Cisza też jest nam w życiu potrzebna.
Tylko w samotności możemy zdjąć maskę i naprawdę być sobą.











Opublikuj komentarz