Kampania społeczna “Głosujemy na 100%” zyskuje popularność. Edukowanie ludzi, pokazywanie, na czym polega demokracja, i uświadamianie, że udział w wolnych wyborach to przywilej każdego dorosłego Polaka, z którego warto korzystać przy każdej nadarzającej się chwili – to bardzo ważne.
Głosuję odkąd skończyłam 18 lat – nie opuściłam żadnych wyborów i tym razem też melduję obecność. Nie traktuję tego jako obowiązku – choć poniekąd tak właśnie jest. Mam świadomość, że mój głos jest ważny. Jeżeli ja nie zagłosuję, zrobi to ktoś inny. Oczywiście – nie dosłownie – ale to inni zdecydują za mnie. Robię to dla własnego sumienia i świadomości. Nawet jeśli mój faworyt nie wygra – to przynajmniej próbuję coś zmienić. Czy to będzie dobra decyzja? Nie wiem.
Im dłużej trwa kampania prezydencka, im więcej debat, rozmów, spotów – tym częściej zdaję sobie sprawę z faktu, że nie ma kandydata idealnego. Każdy z nich czegoś nie mówi, coś ukrywa albo czegoś unika – i coraz trudniej nie odczuwać znużenia. I nie dziwi mnie wcale, że wielu ludzi uważa, że to prawie jak wybór między dżumą a cholerą. Coś w tym jest – niestety.
Przysłuchiwałam się poniedziałkowej debacie i komentarzach kolejnego dnia. Standardowe pytanie każdego redaktora: “Kto według Pana/Pani wygrał tę debatę?” i równie oczekiwana odpowiedź. Ilu przedstawicieli ugrupowań tyle zdań – jego kandydat wypadł najlepiej.
Paradoksalnie, najbardziej rzeczowo wypowiadają się niezależni eksperci, którzy patrzą szerzej na całe to przedstawienie. Jeden z nich powiedział, że najwięcej ugrał ten, który rozpromował zbiórkę na leczenie małego Ignasia – 3 mln złotych w ciągu jednego wyborczego programu. Ta kwestia stała się tematem pytania do kontrkandydata: co zrobić by to Państwo Polskie wsparło rodziców dzieci chorujących na choroby rzadkie? Odpowiedź standardowo wymijająca typu: ”trzeba coś z tym zrobić…”, “to ważne by wspierać rodziców w trudnych sytuacjach…”. Zbiórki stały się tak powszednie, że już często nie zwracamy na nie najmniejszej uwagi – jakby dramaty dzieci, które codziennie walczą o życie, były tylko kolejnym banerem do przewinięcia. A przecież to nie crowdfunding powinien decydować o leczeniu, tylko państwo.
Ciekawym pomysłem innego kandydata, który zapadł mi w pamięć, było wprowadzenie kadencyjności posłów – maksymalnie dwie – oraz możliwość odwołania władzy. Nie spełnia oczekiwań wyborców – to koniec. Na szczeblu samorządowym to działa. Powiedzmy. W zeszłym tygodniu odwołano prezydenta jednego z większych miast – oczywiście w lokalnym referendum. Temat powszechnych referendów często wraca w wypowiedziach kandydatów – szczególnie, gdy chodzi o sprawy trudne lub politycznie niewygodne. Najłatwiej powiedzieć: “Niech ludzie zdecydują”, i – niczym Piłat – umyć ręce od odpowiedzialności.
Władza to odpowiedzialność. A naszym zadaniem jest wybrać – kto ma nas reprezentować.
Zbyt często zapominamy, jak duża odpowiedzialność leży w rękach prezydenta – i jak łatwo sprowadzić tę funkcję do medialnej maskotki lub notariusza decyzji rządu. Prezydent ma stać na straży naszej konstytucji i bezpieczeństwa międzynarodowego. To on ma ratyfikować i wypowiadać umowy międzynarodowe oraz nominować przedstawicieli naszego narodu poza granicami. To on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. To on ma reprezentować nas w świecie – w sposób kulturalny i dyplomatyczny, a jednocześnie stać na straży polskiego interesu.
Kiedy zapytano kandydatów, jak chcą zadbać o interes naszego kraju po zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej – to żaden nie udzielił konkretnej odpowiedzi. Przewijały się hasła, że wojna to zło, że nigdy nie powinno do niej dojść, że w polskim interesie jest zadbać, by to Ukraina wygrała tę batalię. Puste frazesy o pokoju i moralności nie wystarczą. To nie jest konkurs na poprawność polityczną – to wybór realnego negocjatora przyszłości. Czemu żaden z nich nie powiedział, że należy podjąć rozmowy i zagwarantować udział w odbudowie kraju, infrastruktury, przemysłu? Czemu nikt nie zadba o zyski polskich spółek – nieważne, czy prywatnych, czy państwowych?
Jak zakończy się maraton do pałacu prezydenckiego?
Wszystkie gwiazdy na niebie wskazują, że niedzielne głosowanie będzie przystankiem przed ostateczną rozgrywką. Na wygranego tego całego wyścigu przyjdzie nam zapewne poczekać aż do 1 czerwca. Ale ja czekam nie tyle na wyniki, co na dowód, że mój głos – ten jeden, zwykły, bez siły przebicia – naprawdę ma znaczenie. Zasługujemy na więcej niż tylko prawo do wyboru najmniejszego zła. Bo jeśli nie, to po co to wszystko?












Opublikuj komentarz