Żyjemy w czasach, w których odmienne zdanie bywa traktowane jak akt wrogości. Różnica poglądów? Już niezaproszenie do rozmowy, ale deklaracja wojny. Coraz trudniej odróżnić człowieka, który po prostu myśli inaczej, od rzekomego sabotażysty z misją ideologiczną.
Czasem mam wrażenie, że współczesne relacje międzyludzkie przypominają teleturniej z lat 90.: Przyjaciel czy wróg?. Z tą różnicą, że kiedyś nagrodą był komplet garnków i zdjęcie z prowadzącym, a dziś — satysfakcja moralnej wyższości i możliwość wrzucenia komuś zgrabnego komentarza pod postem.
Bo przecież dziś już nie wystarczy się nie zgadzać. Trzeba się nie zgadzać aktywnie. Głośno. Ideologicznie. Najlepiej w pakiecie z diagnozą psychiczną rozmówcy i porównaniem do znanych tyranów XX wieku. Kiedyś różnice poglądów bywały tematem dyskusji. Dziś — powodem do bojkotu, donosu i zerwania znajomości.
Wystarczy jedno zdanie, jedna opinia — i już jesteś „tym drugim”. Zdradziłeś linię, zawiodłeś „naszych”. Już nie rozmówca, tylko przeciwnik. W najlepszym wypadku — „ten, co się nie zna”, w najgorszym — „ten, co knuje”.
Co ciekawe, wszystko to dzieje się oczywiście w imię wolności słowa, tolerancji i demokracji. Z tą różnicą, że wolność słowa dotyczy wyłącznie naszych słów, tolerancja — tylko wobec naszych racji, a demokracja — o ile głosujesz tak samo.
Wystarczy zejść kilka szczebli niżej — z poziomu mediów, sejmowych debat i partyjnych narracji — by zobaczyć zupełnie inny świat. Świat, w którym inność nie wyklucza współpracy.
Tu, na dole — w sołectwach, osiedlach, gminach — polityczne różnice bledną. Nie dlatego, że ludzie nie mają poglądów. Mają, i to nierzadko bardzo wyraziste. Ale gdy trzeba ustalić, gdzie postawić lampę, jak naprawić drogę czy kto upiecze ciasto na piknik — nie pytamy o barwy partyjne.
Na tym najniższym, a może właśnie najwyższym szczeblu demokracji, liczą się ludzie. Konkretni, z imieniem i nazwiskiem, a nie z etykietką polityczną. I choć mają różne spojrzenia na świat, to potrafią ze sobą rozmawiać, działać, dochodzić do kompromisu.
Możemy się nie zgadzać. W wielu sprawach — światopoglądowych, społecznych, gospodarczych — możemy mieć zupełnie odmienne opinie. To nie oznacza, że jesteśmy dla siebie wrogami. Przeciwnie: ta różnorodność jest naszą siłą. Sprawia, że patrzymy szerzej, że uczymy się słuchać i że jesteśmy mniej podatni na schematy. W dobrze funkcjonującej wspólnocie różnice nie dzielą — one współistnieją, równoważą się i uzupełniają.
Tu, u źródła wspólnoty, nie ma miejsca na cyniczną grę w podziały. Bo nikt nie wygra sam. Można się różnić i wspólnie robić coś sensownego, nie zgadzać się na zebraniu wiejskim, a potem razem ustawić stoły na festyn. Można mieć inny kolor płotu, a ten sam cel.
Więc może, zamiast pytać: czy to wróg?, warto zapytać: czy to człowiek, z którym mimo różnic można działać?
Bo prawdziwy wróg to nie ten, kto myśli inaczej. To ten, kto nie chce rozmawiać. Kto buduje mur zamiast mostu. Kto woli konflikt od wspólnego celu.
A sąsiad? Może i głosuje inaczej. Czy to naprawdę ma większe znaczenie niż to, że pomógł ci wbić paliki pod ognisko i przytrzymał ci rower, gdy pękła dętka?
Bo tu, gdzie żyjemy naprawdę — nie na ekranach, ale na ulicach i ścieżkach między domami — najważniejszym językiem wcale nie jest polityka. Tylko ludzki gest.
Share this content:











Opublikuj komentarz