Lubię satyrę. Lubię kabaret. Lubię, gdy śmiech ma pointę, a żart – choć kąśliwy – nie zostawia niesmaku. Ale jak to w kuchni bywa, z humorem też można przesolić. Zamiast wykwintnego dania wychodzi wtedy coś, co nawet pies omija szerokim łukiem. A przecież dobry smak to sztuka umiaru. Nie trzeba wiele – wystarczy szczypta rozsądku, odrobina refleksji i świadomość, że nawet najzabawniejsza scena traci sens, gdy na widowni zostaje tylko zakłopotane milczenie.
Patrzę więc na naszą małą ojczyznę, tę lokalną scenę, gdzie aktorzy – czasem z pasją, czasem z przyzwyczajenia – odgrywają swoje role. I pytam: dokąd zmierzamy? Bo oto obserwuję, jak niepokój i wątpliwości mieszkańców zasypuje się w popiele – nie mylić z zasypianiem gruszek w popiele. To drugie to przynajmniej lenistwo w stylu ludowym, a to pierwsze – metoda na przeczekanie burzy. Nie ma pytań, nie ma problemu. A jak ktoś pyta – to pewnie ma złe intencje.
Tymczasem gdzieś w tle, między punktem „wolne wnioski” a „różne”, działa coś, co nazywa się komisja rewizyjna. Piękna nazwa, brzmi dumnie. Tylko że – jak mawiała moja babcia – od nazwy jeszcze nikt nie posprzątał kuchni. Komisja rewizyjna w gminie to nie klub dyskusyjny ani kółko wzajemnej adoracji. To organ kontrolny rady, powołany po to, by sprawdzać, analizować, wnikać. Ma prawo i obowiązek przyglądać się wydatkom, umowom, inwestycjom – wszystkiemu, co dotyczy gospodarowania publicznymi pieniędzmi. To właśnie ona powinna być gwarantem, że w gminnym budżecie nikt nie myli „wydatków celowych” z „celowym wydatkowaniem na znajomych”.
A jednak zdarza się, że przewodniczący takiej komisji z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie bardzo wie, o co chodzi z tą „funkcją kontrolną”. Że komisja raczej wydaje opinie. Cóż, opinie to też forma aktywności – coś jak komentarz w internecie: można napisać, że się podoba albo nie. Tyle że rada gminy to nie forum dyskusyjne, a komisja rewizyjna nie jest od „lubienia” lub „nie lubienia”. Ona ma sprawdzać, badać i rozliczać.
I w tym miejscu nie sposób nie zauważyć nowego zjawiska – lokalnej satyry w internecie. W ostatnich miesiącach widać prawdziwy wysyp „kabaretowych profili” na Facebooku. Usilne próby rozbawienia publiczności, podszyte niby-ironią, niby-politycznym dowcipem. Owszem, czasem jest śmiesznie. Ale coraz częściej – strasznie. Bo nie każdy żart jest dowcipem, a nie każdy profil to satyra. Czasem to po prostu frustracja w przebraniu klauna. Śmiejemy się z ludzi zamiast z sytuacji, z błędów zamiast z przywar, z nazwisk zamiast z zjawisk. I w tym wszystkim gubi się sens – bo przecież humor powinien łączyć, nie dzielić.
A przy okazji – kiedy ktoś z przekąsem mówi o portaliku, nie czuję się urażony. Wręcz przeciwnie – biorę to jako komplement. Bo w czasach, gdy wielu boi się pisać, a inni wolą tylko komentować zza rogu, nawet mały portalik potrafi mieć wielkie znaczenie. Wystarczy, że zada pytanie, na które nikt inny nie ma odwagi odpowiedzieć.
Zaczynam się więc zastanawiać, czy przypadkiem nasza lokalna rzeczywistość nie stała się jednym wielkim kabaretem, tylko że nikt już nie bije braw. Bo śmiech to zdrowie – owszem – ale pod warunkiem, że nie jest śmiechem przez łzy.
Nie chcę nikogo obrażać. Nie chcę też pouczać. Chciałbym tylko, żebyśmy czasem spojrzeli w lustro i zapytali, czy przypadkiem nie zaczęliśmy mylić samorządności z samowolą, kontroli z kurtuazją, a poczucia humoru z brakiem smaku.
Bo jak mówi stare przysłowie – zupa może być dobrze doprawiona, ale jeśli kucharz nie próbuje, to nigdy nie dowie się, że przesolił.
A więc – dokąd zmierzamy? Oby nie w stronę kolejnej farsy, w której jedynym widzem zostaje zdrowy rozsądek, siedzący na widowni i powoli wychodzący z sali.
Share this content:











Opublikuj komentarz