Odsłuchałem wypowiedź burmistrza z ostatniej sesji Rady Miejskiej. Dokładnie, bez emocji. I nadal nie wiem. Serio – nie wiem, czy gmina „da” na system powiadomień dla AED, czy „nie da”. Bo padły słowa, okrągłe słowa ale nie padła żadna decyzja. A mimo to już zdążyła się rozpętać lokalna burza.
Zanim więc ktoś znów ogłosi, że „burmistrz nie da”, warto się zatrzymać. Bo z tej przedwczesnej awantury może wyniknąć efekt odwrotny – zamiast rzeczowej rozmowy mamy emocjonalną wojnę na domysły i interpretacje. Każdy usłyszał coś innego, każdy ma swoją „prawdę”, a nikt nie wie, co naprawdę padło.
Od pewnego czasu obserwuję tę naszą lokalną polityczną ruletkę. I szczerze – czasem tracę już z oczu, o co tak naprawdę chodzi. Czy to jeszcze spór o decyzje, o idee, o odpowiedzialność? Czy już tylko o to, kto głośniej i efektowniej zabrzmi w sieci?
Nie oceniam nikogo. Wierzę, że większość działa w dobrej wierze, z przekonaniem, że robi coś pożytecznego. Ale coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy ci, którzy mieli dawać nadzieję, jeszcze ją mają? Czy nie zmęczyli się, nie poddali, nie uznali po cichu, że „i tak się nie da”? Bo nie jest dobrze, gdy w gminie robi się jednowładza, nawet jeśli wygodna. Dobrze jest wtedy, gdy ścierają się różne poglądy, gdy trwa merytoryczna dyskusja, a nie konkurs na sympatie i lojalności.
Z drugiej strony – dziś rozważamy niewielkie środki na system powiadomień o użyciu czy wandalizmie wobec AED, ale… dlaczego nie było podobnej dyskusji podczas sesji, gdy głosowano podwyżki podatków? Też ważna sprawa. Poważna. Dotykająca każdego mieszkańca i kształtująca budżet gminy. A jednak – cisza. Jakby temat był oczywisty, bezdyskusyjny. Czy naprawdę tak łatwo akceptujemy sprawy największego kalibru, a zapalamy się dopiero przy drobnych kwotach? I dlaczego dopiero wtedy?
Tak mało jest dziś w przestrzeni publicznej prawdziwej rozmowy o rzeczach ważnych. Gdy ktoś odważy się zadać pytanie lub wskazać problem – natychmiast sam staje się „problemem”. Zamiast dyskusji mamy podejrzliwość, szeptane komentarze i łatkę „awanturnika”. Może rzeczywiście potrzebujemy diagnozy, ale nie takiej na 214 głosów za, gdzie wszyscy jednogłośnie potwierdzają, że wszystko jest dobrze. Bo nie jest. Czy mieszkańcy wreszcie się obudzą, czy będą dalej tkwić w tym surrealistycznym śnie rodem z teatru, w którym każdy gra swoją rolę, ale nikt już nie pamięta, po co była sztuka?
Mówi się, że starzy radni są „za starzy”, a nowi – „za nowi”. Paradoksalnie: doświadczenie i jego brak są tu jednocześnie zaletą i przywarą. Jedni pamiętają zbyt wiele, drudzy jeszcze nie zdążyli niczego zapomnieć. I tak toczy się ta gminna gra w polityczne bingo, w której coraz trudniej odgadnąć, kto naprawdę słucha, a kto tylko czeka, by coś powiedzieć.
A przecież sprawa, o której mowa, jest prosta – i ważna. System powiadomień dla AED to narzędzie, które pozwala reagować, gdy liczy się każda sekunda: przy zagrożeniu życia, akcie wandalizmu czy użyciu defibrylatora. To sposób, by uratować komuś życie – dosłownie.
Warto więc stanąć z boku i popatrzeć z dystansem. Czy my w ogóle jeszcze wiemy, o co toczy się ta cała dyskusja? Zadawanie pytań w tej atmosferze boli bardziej niż milczenie innych. Ale bez pytań nie ma sensu mówić o wspólnocie.
I tak – warto rozważyć każde „za” i każde „przeciw”. Bo choć chodzi o niewielkie pieniądze, to wciąż są to środki publiczne. Wydawane w imieniu wszystkich – i dla dobra wszystkich. A to wymaga nie emocji, lecz odpowiedzialności.
Więc czy gmina da? Po dyskusji można mieć wątpliwości, ale czy czasem nie są one zasadne choć trochę? Ale jeszcze bardziej obyśmy my dali sobie szansę na rozmowę – prawdziwą, bez masek i haseł. Bo dyskurs publiczny bez zaufania zamienia się w farsę. A życie, niestety, nie zna trybu „powtórz”.
Share this content:











Opublikuj komentarz