Autorytety dziś: znaki, które już nie tylko wskazują

Autorytety dziś: znaki, które już nie tylko wskazują

Są takie słowa, które starzeją się szybciej niż my sami. „Autorytet” jeszcze dwadzieścia lat temu miał w sobie ciężar encyklopedii: pachniał biblioteką, kredowym papierem i staranną kaligrafią. Oznaczał kogoś, kto wie i tym swoim „wiedzeniem” zobowiązuje do uważności. Dziś? Słowo to stoi na półce obok „kasety VHS” i „pocztówek znad morza”, trochę zakurzone, trochę zapomniane – choć wcale nie bezużyteczne. Po prostu zmieniło właścicieli. I znaczenia.

Bo współczesny autorytet to rzadko profesor z brodą i pipetką. Częściej to ktoś, kto potrafi mówić językiem naszego niepokoju, lęku, aspiracji. Kto nie tylko pokazuje kierunek, ale dołącza do całej opowieści o tym, kim jesteśmy. Staje się znakiem – jak idol, który nie tylko wskazuje, ale wręcz zakreśla kolorowy neon w nieprzejrzystej mgle codzienności. Idol to znak, który nie tylko wskazuje – on woła, błyszczy, obiecuje. A my, jak nocne ćmy, dajemy się wciągnąć w jego światło.

Ale z idolami bywa czasem tak, jak ze znakiem drogowym w Łasze. Tym przy dosyć niebezpiecznym skrzyżowaniu DK62, gdzie każdy kierowca dwa razy ogląda pobocze, zanim ruszy dalej. Znak niby wskazuje drogę, niby ma być pomocą… a jednak prowadzi wbrew rozsądkowi. Wskazuje, ale wbrew bezpieczeństwu. Jakby stał tam z przekonaniem, że nikt nie zwróci uwagi, iż zamiast pomagać – wprowadza zamęt. I człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze drogowskaz, czy już zaproszenie do kłopotów. Idole działają podobnie: błyskają jak neon, który ma nas prowadzić, ale czasem jedynie oślepiają.

Fot. H. Kapko, z grupy FB. Kania Nowa. Kania Polska…
Google Maps

Paradoks współczesnych autorytetów polega na tym, że nie muszą już wiedzieć lepiej. Mają odbijać – nas, nasze emocje, frustracje, marzenia. To „autorytety w trybie selfie”: ważne jest nie to, co mówią, ale to, ile naszego własnego odbicia w nich widzimy. I wystarczy zerknąć na tegoroczne propozycje Młodzieżowego Słowa Roku 2025, by zrozumieć, jak bardzo nasze czasy zmieniły hierarchię autorytetów. Te słowa są jak migawki współczesnej wrażliwości: krótkie, memiczne, emocjonalne.

Weźmy choćby GOAT – „greatest of all time”. Miało oznaczać absolutnego mistrza, a dziś bywa używane z taką swobodą, jak kiedyś „spoko”. Autorytety GOAT-owe błyszczą krótko: są jak limitowane dropy, które pojawiają się i znikają, zanim zdążymy ocenić, czy naprawdę są „naj”.

Albo brainrot – obsesja, coś, co kompletnie zajmuje myśli. Nie trzeba wiele, by ktoś stał się naszym „autorytetem brainrotowym”: wystarczy zgrabny filmik, trafiona fraza, trochę emocji. Nie prowadzi to do mądrości, tylko do powtarzania – jak refrenu, którego nie da się wyrzucić z głowy.

Jest też lowkey – po cichu, bez rozgłosu. I tu pojawia się paradoks: może właśnie takich autorytetów najbardziej dziś brakuje? Nie tych z bilbordów, lecz tych, którzy „po cichu” robią swoje i dzięki temu budzą zaufanie.

Słowo fr („for real”) pokazuje, że szukamy autentyczności. Autorytet „fr” to ktoś prawdziwy, nieprzefiltrowany, nieudawany. To ktoś, kogo słuchamy nie dlatego, że błyszczy, ale dlatego, że brzmi szczerze.

twin – mentalny bliźniak – podkreśla jeszcze jedną zmianę: dziś autorytet ma być „bliski”, „jak my”, a nie „ponad nami”. Szukamy nie ideałów, lecz odbicia.

Nawet konkursowy „szpont” – czyli szpan, pokazówka – ma swoje miejsce w tej układance. Wielu współczesnych idoli buduje pozycję właśnie na szpanie. Na błysku, który przykrywa pustkę. Ale błysk ma krótką datę przydatności. A droga, którą naprawdę warto iść, rzadko zaczyna się neonem.

Dlatego z całej młodzieżowej piętnastki najbliżej prawdziwego autorytetu jest chyba zwykłe szacun. Bo szacunek to coś, czego nie da się wykreować ani wyszponcić. To coś, co zdobywa się czynem – nie światłem reflektorów.

Może więc najbardziej potrzebujemy dziś ludzi lowkey, fr, z prawdziwym szacunem. Ludzi, którzy nie tylko wskazują drogę, ale rzeczywiście potrafią ją ukazać – tak, byśmy nie zbłądzili ani nie wjechali w rów. Zwłaszcza tam, gdzie znaki – czy to drogowe, czy medialne – prowadzą nas na oślep.

A idole? Niech sobie będą. Jedni jak znaki ustawione poprawnie, inni jak te z Łasze: trochę w bok, trochę pod prąd. W końcu każdy z nich opowiada coś o nas. A może to my najczęściej jesteśmy ich prawdziwym źródłem światła. Jeśli zaczniemy patrzeć uważnie, być może w końcu znajdziemy tych, którzy nie tylko błyszczą, ale naprawdę prowadzą.

Share this content:

Andrzej Woźniak
Andrzej Woźniak

Jako redaktor i copywriter pomagam opowiadać historie, które zostają w głowie. Pracuję z markami, organizacjami i ludźmi, którzy chcą mówić wyraźnie i autentycznie. Piszę tak, aby czytać się chciało do końca. Na co dzień współpracuję z wieloma redakcjami, tworząc treści, które informują, angażują i zostają w pamięci. Interesuję się politologią, a w wolnych chwilach z przyjemnością sięgam po książki kryminalne.

Opublikuj komentarz

Zaloguj się

Zarejestruj się

Reset hasła

Wpisz nazwę użytkownika lub adres e-mail, a otrzymasz e-mail z odnośnikiem do ustawienia nowego hasła.